wtorek, 9 maja 2017

Marynarka (według Prusa i Gogola, ale swobodnie)

O kamizelce już było.
O płaszczu czy szynelu także.
Zapewne inne części męskiej garderoby również zostały opisane w różnych językach świata.
Ja nolens volens muszę teraz na moim blogu upomnieć się o marynarkę.
Męska marynarka!
Ile krojów i fasonów, deseni i kolorów!
Męska marynarka!
No nie, właściwie jej brak...

Zaczęło się od tego, że chciałem nawiązać kontakt ze znanym pianistą i kompozytorem. Wim Statius Muller - człowiek-legenda już za życia. Muzyk i kompozytor kontynuujący bogatą tradycję muzyczną Curacao. Człowiek już wiekowy, bo w jesieni życia liczący sobie wiele wiosen. Dokładnie 87. Moja uniwersytecka opiekunka Ange zadzwoniła do niego i uprzedziła o tym, że pewien polski profesor chce się z nim spotkać. A jakże, mogę zatelefonować i umówić się na spotkanie brzmiała reakcja. Dzwonię więc następnego dnia. Pan jest nie tylko bardzo uprzejmy, bo to człowiek starej szkoły i rzadko spotykanej dziś klasy, ale przy tym też kulturalnie bezpośredni.

Rozmowa się rozwija. Obaj lubimy się komunikować. I coś komunikować lubimy też. Nagle mój interlokutor wpada na pomysł, że okazją do naszego spotkania może być wręczenie nagrody im. Coli Debrota. Ma się odbyć nazajutrz. Więc okazja nie tylko dobra, ale i najbliższa. On zadzwoni do organizatorów i postara się załatwić zaproszenie.

Zaczynam mieć wątpliwości. Wiem, jak to było trzy lata temu w pierwszych dniach mojego pierwszego pobytu na wyspie. Wówczas laureatem nie był architekt, tak jak w tym roku, ale poetka i tłumaczka Lucille Berry-Haseth, która dostała nagrodę za swój wkład w rozwój literatury papiamentu i emancypację języka. Ale nawet mimo tych literackich powiązań nie mogłem zostać 'zabrany' na uroczystość, bo po prostu nie miałem odpowiedniego stroju, a impreza była... oficjalnie-formalno-wieczorowa. Przecież nikt na dwa tygodnie nie przyjeżdża z garniturem na wyspę, gdzie temperatura waha się między 27 a 32 stopnie. I to przez cały rok, bo nie tylko nie ma tu zimy, wiosny też nie ma, nie ma jesieni - jest jedna pora roku: antylska. Wziąłem oczywiście nie tylko badejki, by popływać, sprzęt do podglądania rybek między rafami czy koszulki o wzorach odpowiadających wszystkim europejskim stereotypom egzotycznych wysp od Karaibów po Hawaje, koszulki, dla których na Curacao i w Surinamie używa się określenia nie Hawaii hemd (koszula hawajska), lecz Lawaaihemd (koszula krzycząca); rymuje się to wprawdzie hawaii-lawaai, ale podobno pochodzi raczej od Bulawaai-hemd, a Bulawaya to taniec antylski (dosł. 'skok przez drut'). Oprócz wymienionych wyżej akcesoriów mam też trzy pary długich spodni i kilka koszul odpowiednich, by głosić wykłady na uniwersytecie. Ale garnitur? Nie! Owszem. Posiadam. Niejeden. Ale w kraju, gdzie kruszynę chleba..., pod palmami nie dysponuję.

Sprawa wydaje mi się więc od początku przegrana, o czym lojalnie informuję mojego interlokutora. Muzyk jednak nie daje za wygraną i przepytuje mnie na okoliczność posiadanej garderoby. Stwierdzamy zgodnie, że skoro mam porządne białe spodnie, czarną koszulę i czarne zamszowe buty, to modowo można uznać, iż nawiązuję do strojów niegdysiejszych antylskich kawalerów z morskiej pianki, o których tak ładnie pisał w swojej książce Jan Brokken. W związku z tym on, Wim Statius Muller, podejmie działania mające na celu zaproszenie mnie na imprezę.

Świadkiem rozmowy przeprowadzanej na uczelni są moje koleżanki. Ponieważ słyszały tylko to, co ja mówiłem, zatem relacjonuję im szczegóły debaty muzyka i historyka literatury o strojach świadczących o przyzwoitości i o dopuszczalności krótkiego rękawa podczas formalnych wydarzeń kulturalnych na Curacao. Nagle do pokoju wkracza Ange. W dłoni dzierży marynarkę! Wybuchamy wszyscy śmiechem. Nie wiem czy to żart, czy poważna propozycja. Ange potrząsa marynarką. Pożyczyła ją od prof. Ronniego Severinga. Skoro kiedyś dzieliliśmy czas antenowy występując ramię w ramię w telewizji, możemy też dzielić marynarkę. Jest w tym jakaś logika, nie mogę zaprzeczyć. Marynarka jest zresztą bardzo porządna, w kolorze szarości przełamanej lekkim odcieniem brązu, tak przynajmniej wygląda w świetle uniwersyteckich jarzeniówek; ma też delikatne jaśniejsze paski. Ale Ronnie jest ode mnie większy... Teraz czuję się jak w salonie: Ange podaje mi marynarkę, obracam się, wyciągam ramiona, z pewną nieśmiałością taką wsuwam je w rękawy... Odwracam się do trzech kobiet, które teraz dopiero - już to widzę oczyma wyobraźni - wybuchną śmiechem, mam bowiem wprawdzie dobrane kolorystycznie brązowe sandały, brązowe spodnie i brązową koszulę, ale ten strój teraz tak nagle i spontanicznie skomponowany z marynarką... strach na wróble z plantacji bananów! Strach czy moja wyobraźnia ma jednak za wielkie oczy, gdyż trójca kobiet jednogłośnie oświadcza, że jest bardzo dobrze. Spoglądam na siebie: faktycznie klapy na piersiach leżą dobrze, ramiona mogłyby ciut węższe, rękawy trochę krótsze, ale widziałem w polskiej telewizji pewnego polityka, który zawsze trzyma rękę zgiętą na wysokości brzuchopiersia, więc też tak mogę spróbować. Dla niepoznaki. Da ukrycia długości rękawa, choćby jednego. Wyobrażam sobie do tego białe spodnie i czarne zamszowe buty. W niewielkim pomieszczeniu daję dwa kroki, zamaszyście się odwracam, robiąc z niego catwalk i zbieram burnyje apładismienty. Nie zwlekam. Z komórki szybko wysyłam maila do muzyka: mam marynarkę! Zanim wyjadę z kampusu, dowiaduję się, że Ange skontaktowała się też z Fundashon Kas di Kultura Korsou. Wieczorem zaś dostaję maila od Statiusa Mullera: będę specjalnym gościem organizatorów. Marynarka się przyda, dorzuca muzyk.

Historia ma jednak drugie dno.
Przyjeżdżają po mnie tuż przed 19 godziną: Wim Statius Muller, laureat nagrody Debrota w 1999 roku w dziedzinie muzyki, lat 87, oraz John Eric Gorsira, także laureat tej nagrody, także w dziedzinie muzyki, tylko, że w 1968 roku, podczas pierwszej edycji Premio Cola Debrot, Eric ma 82 lata. Obaj mają białe koszule z długim rękawem. Ładne i wystylizowane, ale są bez marynarek. Kiedy dojeżdżamy na miejsce i idziemy z parkingu w stronę nowoczesnego budynku, zaprojektowanego przez tegorocznego laureata Ceesa den Heijera, dostrzegam podążającego na tę samą imprezę czarnego mężczyznę w koszuli w kratkę z krótkim rękawem...

W hallu przestronnego, nowoczesnego budynku witają nas kelnerzy z drinkami. Przynajmniej oni są ubrani wieczorowo, myślę. Zaraz podchodzi do nas Cathy Leito z Kas di Kultura, wita obu muzyków i mnie. Ze swej strony dziękuję za zaproszenie. Cathy jest wysoka. To postawna i piękna kobieta. Kolejny przykład z Antyli, że ze zmieszania ras powstają piękni ludzie. Stoję przed nią w mojej pożyczonej marynarce i czuję się jak nieprzygotowany student na egzaminie. Na szczęście doprowadzają nas do Michaela Newtona, który ma przedstawić raport jury. Ten chociaż w garniturze, myślę sobie. Michael mówi, że program jest dość wypełniony, więc byłoby mu trudno mnie... zaczynam rozumieć, że albo Ange albo Cathy zadziałały, że marynarka ma być zbroją, w której miałbym wystąpić na podium. Ja? Z czym? Bo w czym, to już ustalone. Pocę się. Michael mówi jednak, że chce mnie oficjalnie przedstawić, bo znam twórczość Debrota, a to w końcu nagroda jego imienia. Godzę się, bo widzę, że posłużę im jako link do literatury. Jesteśmy prowadzeni do drugiego rzędu. Siadam między jednym muzykiem a drugim muzykiem. W tym świetle moja marynarka jest czarną dziurą między białymi koszulami Wima i Erica. W rzędzie przed nami siedzą garnitury ministerialne. Bezbłędny krój. Dopasowany kolor. Białe kołnierzyki. Eleganckie krawaty. Patrzę na karki - jak oni to robią, że się nie pocą?!

("Ultimo Notisia" Djasabra 06 Mei 2017)
Lekko spóźniona wkracza pani minister kultury. Dlaczego ludzie tutaj są ładni? To nie tylko za sprawą ich uśmiechów... Kobieta, którą nazywam Lady in Red, bo występuję w opiętej koralowej sukni, prowadzi spotkanie. Wchodzi z gracją na podium i z gracją z niego schodzi. Wita nas wszystkich w papiamentu i w papiamentu zwraca się do laureata, który siedzi w pierwszym rzędzie, ale po drugiej stronie sali. Patrzę i widzę typowy amsterdamski styl: luźny łamane przez wyluzowany, bo bardziej holenderski już nie mógłby być. Marynarka z lejącego się materiału, chyba z jakiejś dzianiny; splot szaro-biały z jakimś małymi gruzełkami, a może kropkami, tak to przynajmniej wygląda z oddali. Pod tym szary podkoszulek z dużym wycięciem na szyję, spodnie, także szare, i buty ze wężowej skóry na gołych nogach. No, ale to jest laureat. Poza tym architekt i artysta. Boję się obrócić, bo jak zobaczę z tyłu jeszcze mniej garniturowych marynarek, spocę się jeszcze bardziej. W końcu na podium wchodzi Michael. Zagaduje najpierw w papiamentu, potem po niderlandzku. Wita laureata, ale chce jeszcze powitać kogoś. To profesor z Polski. I wymienia moje nazwisko. Podnoszę się, ale tylko nieco, na tyle, by uczynić zadość dobremu wychowaniu skoro mnie już wywołali do tablicy, na tyle, by ludzie mnie zobaczyli, ale trochę tylko. Wiem, że świecę twarzą nad marynarką jak księżyc w pełni. Nie chcę, by mój strój skradł show i przerobił go na kabaret. Wiem, że kiedy ujrzą mnie w całej okazałości, zobaczą, że marynarka nie jest moja. Czuje się jak nastolatka, która pożyczyła stringi, aby jej matura dobrze poszła, a teraz ją uwierają. Zwracam głowę w jedną, skłaniam się też w drugą stronę. Podczas tej gimnastyki łapię kontakt wzrokowy z laureatem. Uśmiecham się. Odzywają się brawa, ale wydają mi się jakieś takie, no bez przekonania. Wiem, co sobie ludzie myślą, co to za facet? Na szczęście Michael dodaje bez niepotrzebnej zwłoki, że profesor ma teraz na uniwersytecie w Willemstad cykl wykładów o literaturze, również o Debrocie, o którym też publikował, a przecież nagroda dzisiejsza jest imienia Debrota. I oto mamy w osobie profesora z Polski bezpośredni link do niderlandzkojęzycznego pisarstwa Coli Debrota z Antyli, z Curacao. Kiedy siadam między dwie białe koszule, druga salwa oklasków jest już zdecydowana. Dałem chyba radę, myślę rozchylając poły marynarki.

("Ultimo Notisia" Djasabra 06 Mei 2017)





niedziela, 7 maja 2017

A może początek był inny?

A może początek był inny? Może to nie moje dawniejsze zainteresowania czy nieodwzajemniona wizytami miłość do West (jak Holendrzy nazywali swoje zachodnie kolonie, a potem zamorskie obszary, Surinam i Antyle)? Może nawet nie list prof. Rutgersa w styczniu 2014 roku? Może decydująca była muszla, koncha właściwie, choć o tym wtedy jeszcze nie wiedziałem?

Muszlę w prezencie dostał mały Krzyś. Ofiarodawcą byli Suus en Jaap Oversteegenowie. Prof. Oversteegen, jeden z redaktorów słynnego czasopisma "Merlyn" (1962-1966), które wprowadziło w Holandii miejscową wersję close reading, promując przy okazji swoimi analizami wielu poetów, był z wykształcenia historykiem. Pewnie dlatego, choć uprawiał literaturoznawstwo i krytykę literacką, interesowało go także pisanie biografii. Ma na koncie monumentalną dwutomową biografię Coli Debrota. Tom pierwszy nosi tytuł In het schuim van grauwe wolken - Het leven van Cola Debrot tot 1948 ('W pianie szarych chmur - Życie Coli Debrota do 1948 roku'), drugi zaś Gemunt op wederkeer - Het leven van Cola Debrot vanaf 1948 ('Powrót upatrzony - Życie Coli Debrota po 1948 roku'). Biografią można nazwać także książkę Jaapa z 2000 roku pt. Herscheppingen. De wereld van Jose Maria Capricorne ('Przestworzenia. Świat Jose Marii Capricorna').

Sądzę, że kiedy odwiedziliśmy Oversteegenów (już nie w 't Wachthuis nad Renem, ale w położonym wśród wrzosowisk Vierhouten), pisał właśnie tę biografię. Pamiętam, że jeździł wtedy dość regularnie na Antyle. Krzyś bardzo się cieszył tą wizytą. Pamiętam bardzo dokładnie pierwszy dzień, nawet pierwsze minuty po przyjeździe. Potem Suus go rozpieszczała. Pewnie kiedy oglądał muszlę, wzbudził zainteresowanie gospodarzy. On sam nigdy jeszcze tak wielkiej nie widział. Muszelki nad Bałtykiem są takie jak i to nasze morze - piękne, lecz małe. Nie ma porównania z Karaibskim.  pewnie wtedy ujęty Krzysiową fascynacją Jaap podarował mu muszlę. Przywieźliśmy ją do Polski i odtąd jest z nami. Widomy znak Antyli. Leży na parapecie łazienki obok słoików z wymieszanymi muszelkami ze wszystkich mórz, nad którymi byliśmy.



Często na nią spoglądam. Teraz takiego cacka nie można już przywozić z Antyli. Można natomiast zabrać ze sobą kawałki drewna, które morze obrobiło i wyrzuciło na brzeg w Boka Tabla.



Więc może wszystko zaczęło się od tej muszli i szumu morza, który stopniowo wprowadzała do naszego domu?
Dziś Krzyś jest ze mną na Antylach i właśnie ma urodziny.


poniedziałek, 30 stycznia 2017

Zespół nagłej zmiany strefy czasowej

Czas jest bezwzględny - czas jest względny.
Sformułowanie niezbyt odkrywcze, ale przecież to nie refleksja nad przemijaniem czasu, tylko trwaniem. Szczególnie wtedy, kiedy poruszasz się wraz ze słońcem, lecąc na zachód dziewięć godzin, ale w sumie nie tracąc aż tylu. Przemieszczasz się i jako człowiek przemijasz, ale na zegarze i w kalendarzu jakoś jakby wolniej.
Wolniej?
Tego krótkotrwałego zysku godzin nie przekujesz jednak na dłuższe życie.
Bilet powrotny w kieszeni uwiera.
Trzeba będzie to odrobić. Dług spłacić.
Utracić zdolność kredytowania życia nabytą dzięki Królewskim Liniom Lotniczym i prędkości, z jaką leciał samolot.

(fot. J. Koch)
Na miejscu, po przylocie, siadasz, by zakończyć swój pierwszy wykład.
Publiczne wystąpienie.
Ma się odbyć już za kilka dni. Mało czasu zostało, choć go podobno zyskałeś. Trzeba jeszcze wszystko sprawdzić. Naczytać tekst, aby go wyintonować. Podkreślić to, co ma być wyróżnione. Uzgodnić przełączanie slajdów prezentacji. A potem powiedzieć sobie: 'zęby i do przodu!', zdanie, którym Andrzej Wajda reżyserował Krystynę Jandę. W końcu wykład to rodzaj performensu.

Pierwszej nocy budzisz się o drugiej.
Drugiej o czwartej.
Więc porzucasz numerologię i wstajesz; siadasz na werandzie przed domem; określają ją tutaj wdzięcznym mianem stoep, co w kontynentalnym niderlandzkim znaczy 'chodnik'...
Dziś trzeba już wszystko zamknąć, zakończyć. Jest jeszcze ciemno. Gdzieś w oddali słychać krzyk ptaka. Jeszcze dalej zaczyna swoje życie miasto. Na palmie sadowi się papuga. Widać jej profil na tle różowiących się obłoków. Odpalasz komputer. Trudno się skoncentrować.

Oto jet lag w całej swojej krasie. Zaburzenia snu, trudności w skupieniu uwagi, krańcowe zmęczenie, brak apetytu, złe samopoczucie, dezorientacja.
Racja.
Czujesz się niemal jak ryba wyjęta na brzeg. Widziałeś ją w Otrobandzie na rogu Handelskade i Sha Caprilleskade.

(fot. J. Koch)
Za dnia kiwa ci się głowa, bo jest jeszcze kontynentalna, nie insularna.
To bynajmniej nie bagaż historyczny, traumy narodowe i pokoleniowe przeżycia sprawiają, że twoje ciało żyje sobie po polsku, czasem środkowoeuropejskim, lekce sobie ważąc zwiewną pasatową antylskość.
Masz wrażenie, że wszystko odbywa się w nieco zwolnionym tempie. Na wolnych obrotach. Jesteś jak jakiś ociężały statek pasażerski, ślamazarny wycieczkowiec. A musisz być teraz holownikiem o dużej mocy silników.

(fot. J. Koch)

(fot. J. Koch)

(fot. J. Koch)


niedziela, 29 stycznia 2017

Jak daleko stąd, jak blisko...

Jak odległa jest zmrożona róża z igiełkami lodu na delikatnych płatkach, którą kilka dni temu położono na grobie, od palmy wachlującej daleką wyspę i szelestem liści (zupełnie jak jakaś pstra papuga) imitującej na wietrze krople dżdżu?
I jak bliska zarazem.

(fot. J. Koch)

(fot. J. Koch)
Czy naprawdę słychać ciężkie krople deszczu, rzecz prawie niespotykaną tutaj? Chmurne łzy spadałyby na antylską wyspę? A może to omam słuchowy? Odgłos wiatrowej pompy i jej mielących powietrze łopatek metalicznie uderzających o obudowę?
A to zwykła noc na tropikalnej wyspie pełna obcych dźwięków.

(fot. J. Koch)

Odjechałem od siebie innego, odjechałem daleko. Zamieniłem mroźny podmuch ścinający orchidee na pasat słodki, który łagodzi upał.

(fot. J. Koch)


wtorek, 29 września 2015

Frank Martinus Arion (1936-2015)

Właśnie przeczytałem, że zmarł.
Pomyślałem o Antylach.
I o wpisach na blogu, w których się odnoszę do jego pisarstwa.

Podchodzę do tematu (iii)
oraz
Podwójna gra

I że żal. Żal.
Ale że jest ta wspaniała książka nadal.

piątek, 29 maja 2015

Inny wykład, inny kryształ - "Mijn zuster de negerin" / "Moja siostra Murzynka"

Już czas wrócić do tematu obiecanego w lutowym wpisie. Wspominając wówczas o wykładzie otwartym na Uniwersytecie Curaçao, który wygłosiłem w maju 2014 roku, nadmieniłem o moim niezadowoleniu z jego efektów, szczególnie braku większej dyskusji nad zaproponowaną koncepcją innego ujęcia literatury antylskiej. 

Wydawało mi się wówczas, że nie miałem żadnych konkretnych czy większych oczekiwań. Ani wobec publiczności, ani wobec ewentualnych reakcji. A jednak. Jakieś miałem. Stąd moje, przynajmniej częściowe, nieusatysfakcjonowanie. W końcu wykład wygłasza się zakładając jakąś formę bliższej komunikacji, pragnąc wymiany myśli, licząc na rozmowę. Gdzieś się przeliczyłem. 

Wydaje mi się nadal, że koncepcja Gaczewa może być niezwykle produktywna, jeśli zastosować ją do piśmiennictwa w byłych koloniach. Właśnie w literaturach (pół)peryferyjnych i marginalizowanych można, spoglądając przez pryzmat 'przyspieszonego rozwoju', odsłaniać (jak w przypadku literatury afrikaans w pierwszej połowie XX wieku) szereg nowych zależności i nowych znaczeń. Ale cóż mi po takiej racji skoro doszedłem do wniosku, że nie udało mi się do końca przekonać do niej moich słuchaczy? 

Po przyjeździe na Curaçao w lutym 2015 roku, kiedy dzieliłem się tymi wątpliwościami z przyjaciółmi, zapewniano mnie, że moja ocena jest zbyt krytyczna, nazbyt samokrytyczna. Głosy przyjaciół swoją drogą, ale przecież człowiek chce być w zgodzie z własnymi odczuciami. 

Sądzę, że najpewniej także wobec mnie miano jakieś nieuświadomione oczekiwania. Wyraziła je dziennikarka Judith Ramautar, która dzień po wykładzie zamieściła w czasopiśmie "Amigoe" z 15 maja 2014 roku krótkie sprawozdanie. 

Z tego artykułu wynikało, z jednej strony, że ani mój wywód, który został pokrótce zrekonstruowany, ani cel jaki sobie postawiłem, by zaproponować antylskim badaczom nową koncepcję historycznoliteracką, na pewno pani Ramautar nie umknęły. Z drugiej jednak strony autorka konkludowała, że już długi tytuł mojego wystąpienia pozwalał przypuszczać, iż ten wykład otwarty "nie będzie łatwy", że publiczność była wprawdzie "skoncentrowana", ale że był to "show dość odległy od naszej bajki" ('ver-van-mijn-bed' - 'dalekie od moich pieleszy', dosł. 'od mojego łóżka'). 

Po wielekroć przeanalizowałem ten artykuł. Komplementy, np. że mówię po niderlandzku bezbłędnie i bez akcentu, przyjąłem, bo to miłe uwagi, ale zostawiłem je na boku, koncentrując się na delikatnie wyrażonej krytyce, że za mało miejsca poświęciłem literaturze karaibskiej/antylskiej. A może byłem przeczulony i nie była to krytyka, raczej wyraz nieusatysfakcjonowania? 

Tak czy owak, takie oceny trzeba przyjmować z całą pokorą: 'kto nie przekonuje, nie ma racji' (to parafraza z mojego ulubionego pisarza holenderskiego Multatulego (1820-1888), który - sam będąc doświadczonym prelegentem - napisał w Idei 663: 'Kto nudzi, nie ma racji' - Wie verveelt, heeft ongelijk). 

Na szczęście, jak pisał sam Cola Debrot, tur cos ta un prubamentu, czyli 'zawsze można jeszcze podjąć próbę'. 


(fot. A. Jessurun)
Mój kolejny wykład otwarty na Uniwersytecie Curaçao, 10 lutego 2015 roku, zacząłem właśnie od tego, widocznego na powyższym zdjęciu, cytatu z Debrota. Posiłkowałem się także sugestią Judith Ramautar, która dowiedziawszy się o jednym z moich kursowych wykładów o Mojej siostrze Murzynce (który bardzo się studentom podobał), wyrażała w maju 2014 roku żal, że nie mówiłem wówczas o tej właśnie noweli. Więc za temat tegorocznego wystąpienia wybrałem ów tekst założycielski dla niderlandzkojęzycznej literatury antylskiej.

Lepiej późno niż wcale? Nie, nie o to chodziło. Po prostu w ubiegłym roku nie mogłem jeszcze mówić publicznie o mojej koncepcji zastosowania melancholii do interpretacji noweli Debrota. Z prostej przyczyny: nie była dopracowana. Ćwiczyłem ją wprawdzie na studentach. Najpierw, w maju 2014 roku, na Antylach, a potem w kolejnym roku akademickim w Poznaniu. A zupełnie niedawno, pisząc artykuł na ten temat, przedstawiłem pewne aspekty tego tematu ponownie, tym razem na konferencji w Ołomuńcu. Nic tak dobrze nie robi naukowym pomysłom jak ich prezentacja, dyskusja i ponowne przemyślenie. W tym kontekście mój kolejny wykład otwarty na Curaçao, wygłoszony 10 lutego 2015 roku, i reakcja publiczności były ważnym doświadczeniem. Wystąpienie zostało zapisane na wideo i jest w całości, łącznie z dyskusją, dostępne tutaj


"Mijn zuster de negerin (1935) van Cola Debrot in een ander kristal gevat" 
("Moja siostra Murzynka (1935) Coli Debrota ujęta w innym krysztale")

Wykład zapowiedziała dr Liesbeth Echteld, Dziekan Wydziału Ogólnego Uniwersytetu Curaçao (Algemene Faculteit).


(fot. A. Jessurun)
Zacząłem z pewną nieśmiałością taką... ;-) 

(fot. A. Jessurun)
Ale też z czułością... ;-) 


(fot. A. Jessurun)
A potem już poszło...

(fot. A. Jessurun)
(fot. A. Jessurun)
Na wykład przygotowano dwukrotnie większą salę niż w maju 2014 roku. Było też znacznie więcej publiczności niż poprzednio - tym razem w ogłoszeniu danym do prasy nie popełniono błędu w dacie...

(fot. A. Jessurun)
(fot. A. Jessurun)
(fot. A. Jessurun)
Żywa reakcja publiczności była najlepszym dowodem na to, że tym razem trafiłem z tematem. Zadano szereg pytań, które dotyczyły różnych aspektów mojego wystąpienia. Najciekawsze było, że słuchacze myśleli razem ze mną, w tym samym kierunku, domyślali różne rzeczy do interpretacji, wyrażając własne i sondując mojego poglądy, również na pokrewne tematy. Zrozumiałem, że na Antylach trzeba mówić o Antylach. Banalne? Skądże znowu! Czy w Polsce oczekiwania wobec obcokrajowców są inne? Zresztą skoro w dużych krajach, nawet w mocarstwach, kwestie własnej tożsamości są na porządku dziennym, to cóż dopiero na wyspach, archipelagach? Muszę też dodać, że publiczność była jak najbardziej otwarta i gotowa przyjąć nowe punkty widzenia na klasyczne dzieło swojej literatury.

(fot. A. Jessurun)
(fot. A. Jessurun)
(fot. A. Jessurun)
Nawet po wykładzie były jeszcze ciekawe rozmowy.

(fot. A. Jessurun)
(fot. A. Jessurun)
No i bardzo miłe, wzruszające spotkanie po latach ze Sjoerdem i Margje. Sjoerd Kuyper, holenderski pisarz od szeregu lat regularnie odwiedzający Antyle, znany jest dzisiaj głównie ze swoich książek dla dzieci. Kilka z nich stało się bestsellerami, a film nakręcony według Het Zakmes ('scyzoryk') otrzymał w 1993 roku International Emmy Award. Ja jednak znam Sjoerda i jego żonę Margje od 1979 roku. Odwiedzałem ich na ich barce na Wijdewormer, kiedy jeszcze klepali biedę, no dobrze - holenderską biedę, bo żyli skromnie z półrocznego zasiłku... przez cały rok. Słuchaliśmy płyt, gadaliśmy nocami, tłumaczyliśmy sobie nawzajem swoje dalekie wówczas światy i swoje wiersze, bo początkowo Sjoerd Kuyper znany był głównie jako poeta, autor wierszy dla dorosłych. Na początku lat osiemdziesiątych opublikowałem przekłady jego wierszy we wrocławskiej "Sigmie". Zdaje się w 1981 roku. Przekład opowiadania De Magere Brug (Chudy Most) zamieściłem w 1984 roku w miesięczniku "Opole". Teraz, w lutym 2015 roku, Sjoerd był na Antylach w związku z promocją swojej kolejnej książki dla dzieci De duik, ponieważ jej akcja rozgrywa się na Curaçao. 

Tutaj zdjęcie ze Sjoerdem Kuyperem i dr Liesbeth Echteld, tuż przed rozpoczęciem wykładu (nieostre, bo dynamika spotkania była duża).

(fot. A. Jessurun)
Mieliśmy wieczorem po wykładzie dokądś pójść, posiedzieć, powspominać, ale wszyscy byliśmy zmęczeni. Całym minionym dniem. Upałem. Więc postanowiliśmy umówić się następnego dnia na uniwersyteckim parkingu i spędzić ze sobą cały dzień, jeżdżąc po wyspie. To wtedy zrobiłem Sjoerdowi kilka zdjęć. Nie wiem czy mu powiedziałem, że zawsze przypominał mi trochę Jamesa Deana. On chyba nawet napisał na cześć aktora jakiś wiersz.

(fot. J. Koch)
Margje nie chciała, abym ją fotografował (choć jak dawniej jest śliczną Holenderką niczym z reklamy Zeeuws Meisje). Więc Sjoerd wystąpił w jej kapeluszu.

(fot. J. Koch)
Kim byłby pisarz bez pisania... dedykacji swojemu polskiemu tłumaczowi?

(fot. J. Koch)
Cieszyłem się, że mogłem zaskoczyć Margje i Sjoerda, odkrywając przed nimi nieznane im jeszcze miejsca na Curaçao. Choć oboje rokrocznie przyjeżdżają na wyspę, nie znali plaży przy Coral Estate z restauracją Karakter. Potem znalazłem w moim aparacie zdjęcia, które zrobił mi Sjoerd kiedy pływałem.

(fot. S. Kuyper)
(fot. J. Koch)

To był przedostatni dzień pobytu na wyspie. Po raz pierwszy spędzony z Holendrami. Przegadany i przepływany. A o samym wykładzie, dla tych, którzy nie są w stanie śledzić mojego niderlandzkiego wystąpienia, następnym razem.


sobota, 16 maja 2015

Masha pabien!

Z codziennej koleiny rutynowych obowiązków i zalewu wciąż nowych prac i starych zaległości wyrwał mnie nagle mail z Antyli. Potem przyszedł drugi i trzeci... Temat wszystkich brzmiał zachęcająco: Pabien! ('gratulacje'). Pierwsi studenci programu magisterskiego, w którym dokładnie rok temu uczestniczyłem z moim własnym kursem, ukończyli studia! Z gratulacjami pośpieszyli więc inni wykładowcy, jak Ronnie Severing i Bert Paasman. Koordynatorka, Ange Jessurun, nie wahała się użyć w swoim liście określenia "historyczny program". Faktycznie był to eksperyment: zgromadzić studentów z trzech wysp - Aruby, Curacao i Bonaire - i zorganizować im wspólne studia. Co tam wspólne - symultaniczne! Zarówno miejscowi wykładowcy, jak i profesorowie ściągnięci z Europy latali(śmy) między wyspami niczym Flying Doctors. Nasze wykłady prezentowane bezpośrednio na jednej wyspie były transmitowane na żywo dla studentów zgromadzonych w salach na dwóch pozostałych. Na szczęście wszędzie byli dobrzy technicy, jak tutaj na Arubie:

(fot. J. Koch)
(fot. W. Rutgers)
Więc wykłady oraz dyskusje online ze studentami na dwóch innych wyspach przebiegały sprawnie i bez zakłóceń.

(fot. W. Rutgers)
Dyplomy uzyskali właśnie pierwszy studenci kończący ten program.
To studenci z Aruby. Konkretnie: Maureen Luidens, Zuleika Silva, Ralph Croes, Willem Bant i Endrah Gumbs.
Są gdzieś tutaj na zdjęciu:

(fot. W. Rutgers)
Jak widać w większości to ludzie już pracujący. Na ogół nauczyciele. Tym bardziej im gratuluję, bo wiem ile wysiłku takie studia kosztują: Masha pabien! I życzę im wysokich lotów!

(fot. J. Koch)
Kordial saludo!


Trasa pomnikowa

Po Oranjestad spacerowałem dwukrotnie trasą pomnikową. Tak ją sobie nazwałem. W przestrzeń miasta wpisano szereg pomników - niekiedy miałe...