wtorek, 10 lutego 2015

Kinderfestival van Curaçao


(fot. J. Koch)
(fot. J. Koch)
(fot. J. Koch)
(fot. J. Koch)
(fot. J. Koch)
(fot. J. Koch)
(fot. J. Koch)
(fot. J. Koch)
(fot. J. Koch)
(fot. J. Koch)
(fot. J. Koch)
(fot. J. Koch)
(fot. J. Koch)
(fot. J. Koch)
(fot. J. Koch)
(fot. J. Koch)
(fot. J. Koch)
(fot. J. Koch)
(fot. J. Koch)
(fot. J. Koch)
(fot. J. Koch)
(fot. J. Koch)
(fot. J. Koch)
(fot. J. Koch)
(fot. J. Koch)
(fot. J. Koch)
(fot. J. Koch)
(fot. J. Koch)
(fot. J. Koch)
(fot. J. Koch)
(fot. J. Koch)
(fot. J. Koch)
(fot. J. Koch)

poniedziałek, 9 lutego 2015

Tula

Przygotowując się do kolejnej podróży obejrzałem film pt. Tula. The Revolt. Wreszcie znalazłem go w sieci. I znalazłem czas, by go obejrzeć. Film opowiada o powstaniu niewolników na Curaçao. Tytułowy Tula jest na wyspie bohaterem po dziś dzień. Film nakręcono w 2013 roku, ale jeszcze teraz widać w Willemstad plakaty reklamowe.

(fot. J. Koch)
Nie jestem w stanie powiedzieć, czy i w jakim stopniu film jest historyczny. Może, jak zwykle w takich przypadkach, jest w znacznym stopniu projekcją dzisiejszych wyobrażeń o minionym czasie. Może - podobnie jak okazuje się w imagologicznych badaniach (właśnie kończę recenzję takie pracy) - więcej mówi o tych, którzy (dziś) tworzą wyobrażenie niż o tych (z przeszłości), o których to wyobrażenie de facto jest.

Takie filmy bywają w kulturze narodowej jak pomniki. Także w tym znaczeniu, że wartość symboliczna może przewyższać historyczną. A wizerunki i koncepcje estetyczne są zależne od czasu i miejsca. Jak w przypadku pomnika Tuli w portowej części stołecznego Willemstad.

(fot. J. Koch)
Niewolnictwo towarzyszy kulturom ludzkim pod różnymi szerokościami geograficznymi; różne jego formy. To, co jest im wspólne, to w pierwszym rzędzie nie brak wolności w różnych przejawach, np. swobodnego poruszania się, osiedlania, tak jak w przypadku chłopa pańszczyźnianego, bo to też było niewolnictwo. Notabene, polskich niewolników pańszczyźnianych, uwolniono dopiero w 1863 roku - dokładnie w tym samym roku, w którym zniesiono niewolnictwo w ówczesnych holenderskich koloniach w tzw. Indiach Zachodnich (Surinamie i Antylach).

(fot. J. Koch)
(fot. J. Koch)
(fot. J. Koch)

(fot. J. Koch)
Cóż jest więc istotą niewolnictwa? Wydaje się, że reifikacja człowieka, jego urzeczowienie, sprowadzenie do materialności. Kwestia braku swobody przemieszczania się to tylko pochodna tej immanentnej cechy niewolnictwa - sprowadzenia człowieka do rzeczy, jego uprzedmiotowienia.

(fot. J. Koch)
(fot. J. Koch)
To, co mnie osobiście uderzyło w tym filmie, to przede wszystkim rozpoznawalne miejsca. Na wielu ujęciach widać rezydencjalne domy właścicieli plantacji. Miałem już okazję je zwiedzać. Na przykład miejsce, gdzie bunt się rozpoczął, majątek Knip (Kenepa). Przy wjeździe widać zresztą tam cytat z fragmentu pomnika Tuli w Willemstad: zaciśniętą pięść z zerwanymi kajdanami.

(fot. J. Koch)
Tego typu pomniki zauważyłem jeszcze w kilku innych miejscach na wyspie.

(fot. J. Koch)
(fot. J. Koch)
(fot. J. Koch)
Można dyskutować nad estetyką upamiętniania. Debatować nad stereotypizacją - zaciśnięta pięść, a w przypadku zasadniczego monumentu (vide zdjęcia poniżej) także nagie umięśnione ciała, kajdany itp. Ten sposób obchodzenia się z przeszłością warto na pewno poddawać analizie, np. film o powstaniu samego pomnika Tuli. Mniej czy bardziej udane polityki historyczne (celowo używam liczby mnogiej), mniej lub bardziej udane monumenty, nie zmienią historycznego faktu: zorganizowanych działań ludobójczych.

Od kilku lat Muzeum Tuli znajduje się w zabudowaniach majątku Knip (Kenepa to wersja w pidżynie niewolników, którzy nie potrafili wymówić zbitki kn; 'knip' po niderlandzku to zarówno 'prztyczek', jak 'rygiel', 'zasuwa', a w znaczeniu przenośnym 'sakiewka', jeszcze inne znaczenie to pułapka na ptaki, może jednak podnosić się do 'mrugnięcia okiem' - jednym słowem duże polo do popisów interpretacyjnych, jeśli chodzi o majątek w północnej części wyspy). Pamiętam, że w ubiegłym roku oprowadzała mnie po nim bardzo zaangażowana i świetnie przygotowana przewodniczka.

(fot. J. Koch)
Na schodach prowadzących na taras domu rozgrywa się jedna z ważniejszych scen filmu.

(fot. J. Koch)
(fot. J. Koch)
(fot. J. Koch)
Drugie spostrzeżenie z filmu Tula to dziwne wrażenie izolacji i zamknięcia w odróżnieniu od innych obrazów o podobnej tematyce. Curaçao to przecież wyspa. Czy wzniecając bunt powstańcy mieli tego świadomość? Nie ma, tak jak w Surinamie, możliwości ucieczki z tropikalny las, gdzie zbiegowie zostawali 'leśnymi Murzynami' (bosnegers), marronami (Marrons) wyjętymi spod prawa, ale jednak uwolnionymi spod władzy zarządcy, właściciela, holenderskiej władzy. Nie, na wyspie nie było takich możliwości. Gdzie nie spojrzeć - woda. Ale też to nie bunt był początkowo ich celem. Chcieli zanieść skargę do gubernatora na wyjątkowo okrutne traktowanie przez właściciela majątku, ich właściciela.

(fot. J. Koch)
Wieść o przerwaniu pracy rozeszła się niczym tropikalna burza. W drodze do Willemstad do grupy z Kenepy zaczęli się przyłączać niewolnicy z innych plantacji. W sumie 2000 ludzi.

(fot. J. Koch)
(fot. J. Koch)
(fot. J. Koch)
(fot. J. Koch)
Lecąc na Antyle, obejrzałem w samolocie inny film o kwestii niewolnictwa, chociaż niemający bezpośrednich związków z Tulą. Nosi tytuł Belle (2013). Warto obejrzeć oba. I porównać. Dzieją się mniej więcej w tym samym czasie, pod koniec XVIII wieku, w Anglii i na Curaçao. Jeśli jest korespondencja między nimi, to przede wszystkim w takim wymiarze, że nie tylko na Antylach, nie tylko na Karaibach konfrontacja z przeszłością, z niewolnictwem, jest wciąż żywa. W jakimś stopniu na całym świecie, bo dotyczy dziś i potomków niewolników, i byłych imperiów. I nie chodzi już tylko o to, że po dziś dzień istnieją banki, powstałe z wypłat ubezpieczeń za frachty niewolników, i że wiele państw zachodnioeuropejskich zawdzięcza swój skok gospodarczy - vide holenderski Złoty Wiek - także intratnemu handlowi ludźmi. W Portugalii i Holandii w latach 1500-1750 handel niewolnikami dawał wielu mieszkańcom zajęcie, bezpośrednio i pośrednio. David i Alexander Barclayowie założyli w 1756 roku Barclay's Bank właśnie z zysków z handlu ludźmi. Londyńska firma ubezpieczeniowa Lloyd's wzbogaciła się dzięki ubezpieczeniom frachtów ludzi. O tym jest film Belle.

Na Antylach, szczególnie na Curaçao, wielkim targu niewolników dla całej Ameryki i porcie przeładunkowym ludzkiego towaru, sprawa niewolnictwa jest poniekąd bardzo żywa. Interesująca jest wystawa w muzeum Kura Hulanda, zresztą prywatnym, założonym przez Holendra Jacoba Gelta Dekkera. Najciekawsza w muzeum jest kolekcja dotycząca transatlantyckiego handlu ludźmi oraz kolekcja afrykańska. Ta ostatnia pokazuje, że niewolnicy pochodzili z bogatych kulturowo regionów Afryki. Na dziedzińcu muzeum jest rzeźba kobiety, ale kiedy przechodzi się dalej widać, że jej głowa to kontur afrykańskiego kontynentu.

(fot. J. Koch)
Tak sobie myślę, że w Polsce konfrontacji z własnymi formami niewolnictwa nie bardzo chcemy. U nas - a jakże - wszyscy ze szlachty. Takie można odnieść wrażenie. Taka jest od pokoleń narracja historyczna. Na naszym podwórku już Stanisław Brzozowski pisał o tym, że historia jest produktem jednej warstwy. Bogatej i wykształconej. Pozwoliła mu to dostrzec jego filozofia pracy. Ale czy dziś przekaz się zmienił? Chyba nie. Nie ma u nas potomków chłopów pańszczyźnianych. Tradycja szlachecka króluje. Pośmiertnie.

(fot. J. Koch)


sobota, 7 lutego 2015

Samochód (44 i 4)

W radio mają tu fajne muzyki. Prawie każda stacja. Chce się słuchać. Jeśli przełączam z jednej na drugą, to nie dlatego, że szukam - jak w Polsce - czegoś, co mi się końcu spodoba, ale dlatego, że chciałbym doświadczalnie znaleźć coś, co mi się nie spodoba! Jednak podoba mi się wszystko! Dużo miejscowych rytmów, bo zakończył się festiwal Tumba, a niebawem karnawał (niestety wtedy muszę wyjeżdżać). Ale na przykład na Clazzfm sporo dobrego jazzu, trochę klasyki oraz miejscowe antylskie kompozycje inspirowane Chopinem. Więc słucham tych muzyk, jadąc samochodem.

(fot. J. Koch)
Musiałem we wtorek wynająć, bo do biblioteki na campusie mam kilkanaście kilometrów. Auto daje poczucie wolności, pozwala się przemieszczać, gdzie i jak chcę. Trudno mi nadużywać życzliwości gospodarzy. A dostałem rejestrację: czterdzieści cztery i cztery!

(fot. J. Koch)
Bandariba, gdzie mieszkam, to południowo-wschodnia część wyspy Curaçao. Willemstad - Punda, Otrobanda, Emmastad - rafineria, port znajdują się gdzieś w jednej trzeciej długości wyspy. Campus jest po drugiej, północno-zachodniej stronie aglomeracji, po drodze na lotnisko Hato. Aby tam dojechać, trzeba się przedrzeć przez dzielnicę Świętego Jerzego (Sint Joris) i dzielnicę Świętej Marii (Santa Maria) z całą siecią uliczek o dziurawej nawierzchni, zatłoczonych, często bez oznaczeń, z przyległymi działkami i domami, które niewiele się między sobą różnią. Na pozór przynajmniej. Na początku. Teraz zacząłem stopniowo rozpoznawać miejsca szczególne, punkty orientacyjne, tu skręcić, tam na światłach prosto itd. Bez trudu dojeżdżam już do ringu. I wiem, gdzie z niego zjechać. Ale proste to na początku nie było. Pocieszała mnie jednak myśl, że tak całkiem zgubić się można tylko trochę - przecież jestem na wyspie!

(www)
Wszędzie airco. Jak u nas ogrzewanie zimą. W aucie airco, w bibliotece też klima, w biurach, sklepach, autobusach, itp. A propos autobusów: komunikacja jest, ale albo w stanie zaczątkowym, albo szczątkowym - jeszcze dokładnie nie wiem. Na pewno jest lepsza niż w RPA. Na autobusach reklamy, że w środku nawet darmowy internet. Autobusy białe. Wyglądają na nowoczesne. Volvo. Pojadę jak będą nasze Solarisy! Tutejsi kierowcy jeżdżą dość agresywnie. Wszyscy. Ale bez chamstwa jak u nas. Ustępują miejsca, wpuszczają z bocznych uliczek. Dużo różnych marek. Królują: KIA, Mitsubishi, Hyundai.

Wracając z campusu, zajeżdżam na lody. Kokosowe. Wyrób własny. Nie za słodkie, naturalne. Jem i przyglądam się skrzyżowaniu na Santa Maria. Bezpańskie psy wałęsają się po ulicach. Niemal wszędzie. I nagle taki obrazek: dziura w jezdni, pokaźnych rozmiarów, na środku zjazdu w jedną z bocznych ulic, w dziurze niczym w jamie leży pies, inne pilnują go, auta omijają całe towarzystwo.

(fot. J. Koch)
(fot. J. Koch)
We czwartek przed siódmą już wyjechałem do studia. Wywiad w telewizji. Razem z prof. Ronniem Severingiem. Ronnie i ja już występowaliśmy razem. Niczym duet: bracia Brothers (to od 'sióstr Sisters'). Wchodzimy na antenę po ósmej. Na żywczyka, więc jest trochę napięcia. Rozmowa ma miejsce w tutejszym odpowiedniku telewizji śniadaniowej. Tylko, że nikt nie gotuje, a tematy trochę poważniejsze. Przez około piętnaście minut mówimy o pisarzu Coli Debrocie i o moim wtorkowym otwartym wykładzie. Na przemian w papiamentu - Ronnie, po niderlandzku - ja.

Po wyjściu ze studia jedziemy do jego biura. Ronnie już przeszedł na emeryturę, ale kończy jeszcze kilka projektów podręcznikowych. Pięknie wydane. Podziwiam. Dopiero teraz zaczyna się arcyciekawa rozmowa. Jakbyśmy się wywiadem w telewizji tylko rozgrzali. Nie musimy sobie już objaśniać rzeczy podstawowych. Ale obaj dowiadujemy się od siebie wielu nowych. Myślę o środowisku intelektualnym wyspy: pisarze, muzycy, lekarze, artyści - jest wiele świadectw, że było przed i po wojnie na wysokim poziomie. Ronnie świetnie by się w nim odnalazł. Jest oczytany i niczym angielski dżentelmen interesuje się wieloma rzeczami.

Z fundacji wyjeżdżam dopiero po 14 godzinie. Za późno już na bibliotekę. Ale nie żałuję - zmarzłem na kość, bo klimatyzacja nastawiona była na maksa. Na samą myśl o kolejnych godzinach w chłodnej bibliotece przechodzą mnie ciarki. Jadę na Bandabou. To północno-zachodnia część wyspy. Rzadziej zamieszkała. Spokojniejsza. Po drodze w Dokterstuin jem gulasz z papai.

(fot. J. Koch)
Docieram grubo po 15 do parku Boka Table. Tutaj robię cały cykl zdjęć surowego północnego wybrzeża i rozhukanego oceanu. Moje Wojasy, stare i wysłużone, spisują się świetnie na ostrych skałkach.

(fot. J. Koch)
Zbliża się piąta, muszę wyjeżdżać, bo zamykają park. Szósty dzień mojego pobytu na wyspie, a jeszcze nie pływałem! Nikt mi nie uwierzy. Sam sobie nie wierzę. Ale przezornie wożę ze sobą w bagażniku ręcznik i szwymki. Szwymki? No, badejki inaczej. Już nie wiem, co lwowskie, a co poznańskie... Tak czy owak - jak niegdyś brzmiała reklama - Atlantic to są gacie! Jadę na Rif St. Marie. Jest tutaj dobra restauracja Karakter, prysznic, by spłukać sól, ładnie i praktycznie zaaranżowana skalna półka z leżakami, parasolami, palmami. Nie trzeba, jak gdzie indziej, za nic płacić. Trzeba, owszem, coś zamówić. Poddam się więc konsumpcji. Zamówię jakiś koktajl. Na przykład King of vitamins. Albo nie, Fruit bomb.

(fot. J. Koch)
(fot. J. Koch)
Wślizguję się do wody między jedną dużą falą a drugą jeszcze większą. Morze od czasu do czasu, ni stąd ni zowąd, marszczy się, wzbiera większymi falami, dodatkowo rozkołysanymi pasatem. Woda jest rozkosznie chłodna. Odpływam od brzegu na bezpieczną odległość od skałek, o które z bryzgiem rozbijają się fale. Leżę na wodzie. Błogo. Nade mną przelatuje samolot. Schodzi niżej, by wylądować na Hato. Niebiesko-biały. KLM-u. Myślę o mojej walizce Samsonite. Myślę o zepsutej rączce i skardze, na którą wciąż nie mam z KLM-u odpowiedzi. Myślę ze złością. Nie, nie jestem dziś żadnym akademikiem. Teraz będę jakimś pieprzonym Holendrem na urlopie w byłej kolonii! Przynajmniej jak długo unoszą mnie fale...

(Fot. J. Koch)
(fot. J. Koch)


Trasa pomnikowa

Po Oranjestad spacerowałem dwukrotnie trasą pomnikową. Tak ją sobie nazwałem. W przestrzeń miasta wpisano szereg pomników - niekiedy miałe...