Więc deszcz.
Może to ja przywiozłem go na wyspę.
Obudził mnie w nocy. Najpierw myślałem, że to dźwięki starej klimatyzacji. Potem, że może pasat zawiewa piasek na szyby i dach. Odgłos był rzeczywiście dziwny. Zmęczony podróżą i przesunięciem czasu szybko znów zapadłem w sen.
Nad ranem dopiero zobaczyłem krople na szybie i mokre rośliny w ogrodzie.
Skoro ja potrafiłem ściągnąć deszcz na suchą wyspę, dlaczego KLM nie ściągnął tutaj mojej walizki? Oddajcie mi bagaż, Holendrzy! Piraci Karaibów!
Blog o podróżach na Antyle Holenderskie i osobistych wrażeniach, o zajęciach dla tamtejszych studentów i publicznych wykładach, o tym, co egzotyczne, i tym, co swojskie, choć dalekie.
sobota, 31 stycznia 2015
Berlin
Okazuje się, że obsługa w hotelu przy lotnisku Tegel jest polska.
- Mam ich już na dziś dosyć. Wszystkich - zwierza się recepcjonista wyraźnie ucieszony na widok polskiego dowodu osobistego.
Już na lotnisku, przy check-in, pani za kontuarem szeroko się uśmiecha na widok polskiego paszportu:
- O! Dzień dobry! - mówi radośnie.
I załatwia mi lepsze miejsce w samolocie.
Berlin zdobyty!
- Mam ich już na dziś dosyć. Wszystkich - zwierza się recepcjonista wyraźnie ucieszony na widok polskiego dowodu osobistego.
Już na lotnisku, przy check-in, pani za kontuarem szeroko się uśmiecha na widok polskiego paszportu:
- O! Dzień dobry! - mówi radośnie.
I załatwia mi lepsze miejsce w samolocie.
Berlin zdobyty!
poniedziałek, 26 stycznia 2015
Podwójna gra
Napisałem w tytule "Podwójna gra" i od razu pomyślałem - faktycznie!
Wczoraj zgasło światło - awaria w całej dzielnicy.
Akurat wtedy, kiedy rozmawiałem ze Sławkiem Paszkietem.
Akurat wtedy, kiedy mówił mi o swoim przekładzie fragmentu Dubbelspel (1973) - "Podwójnej gry" - Franka Martinusa Ariona.
Nerwowo szukałem świecy. Drżały mi ręce, gdy zapalałem zapałki. Co on mi mówi? Nagle wszystko ukazało się w innej perspektywie.
Cóż za koincydencja! W poprzednim blogu westchnąłem, że nikt jeszcze nie przełożył całej książki. To fakt, całej nikt jeszcze. Ale mój były student przetłumaczył fragment! Co więcej, przekład zamieścił na portalu Schwob.pl, którego celem jest wyszukiwanie i promowanie wybitnych, ale szerzej nieznanych dzieł literatury. Więc jest po polsku dostępny jeden rozdział Dubbelspel - szósty konkretnie.
Dlatego zgasło światło.
Dlatego nagle zobaczyłem więcej.
Koincydencja? Chyba raczej efekt domina! Mówimy przecież o książce, której bohaterowie grają w domino.
Wczoraj zgasło światło - awaria w całej dzielnicy.
Akurat wtedy, kiedy rozmawiałem ze Sławkiem Paszkietem.
Akurat wtedy, kiedy mówił mi o swoim przekładzie fragmentu Dubbelspel (1973) - "Podwójnej gry" - Franka Martinusa Ariona.
Nerwowo szukałem świecy. Drżały mi ręce, gdy zapalałem zapałki. Co on mi mówi? Nagle wszystko ukazało się w innej perspektywie.
Cóż za koincydencja! W poprzednim blogu westchnąłem, że nikt jeszcze nie przełożył całej książki. To fakt, całej nikt jeszcze. Ale mój były student przetłumaczył fragment! Co więcej, przekład zamieścił na portalu Schwob.pl, którego celem jest wyszukiwanie i promowanie wybitnych, ale szerzej nieznanych dzieł literatury. Więc jest po polsku dostępny jeden rozdział Dubbelspel - szósty konkretnie.
Dlatego zgasło światło.
Dlatego nagle zobaczyłem więcej.
Koincydencja? Chyba raczej efekt domina! Mówimy przecież o książce, której bohaterowie grają w domino.
| (fot. J. Koch) |
| (fot. J. Koch) |
| (fot. J. Koch) |
poniedziałek, 19 stycznia 2015
Podchodzę do tematu (III)
Jest wieczór. Jestem wieczór. Ja sam. Tak się przynajmniej czuję. Jadę w styczniowym mroku. Od Poznania. Do Wrocławia. Mijam wioski zasmrodzone dymem snującym się po palonych pod osłoną ciemności śmieciach. Przejeżdżam przez miasteczka. Gdzieniegdzie jeszcze wiszą bożonarodzeniowe światełka. Kiedy wyjeżdżam poza miejscowości, światła pojazdów jadących z naprzeciwka oślepiają mnie. Ale to lepsze niż 'ślepaki'. Bez znaczenia czy lokalne, czy tranzytowe. Co rusz zdarza się jakiś z jednym nieczynnym reflektorem. Polskie 'ślepaki'. Zgroza zmroku. Od Śremu do Dolska - cała Polska. Dalej na południe jest jeszcze bardziej polska i bardziej prowincjonalna. W dzień lubię jechać tą trasą. Najpierw delikatnie falujący krajobraz poprzetykany jeziorkami. Potem bardzo holenderski pejzaż, bo tak płaski, że niebo podtrzymują tylko stare wieże kościelne, wspomagane nowoczesnymi turbinami wiatrowymi. W końcu, koło Trzebnicy, Kocie Góry i zjazd w dół. Nocą nie lubię jeździć. Światła z naprzeciwka rażą. Przyciągają mój wzrok, bo są w ciągłym ruchu. Próbuję patrzeć na biały pas wzdłuż prawej krawędzi czarnej szosy. Miejscami ledwo widoczny. Gdzieniegdzie nie ma go wcale. Próbuję zająć czymś myśli. Najpierw włączam nagrania wierszy Herberta. Słyszę: "w drugim roku wojny / zabili pana od przyrody / łobuzy od historii". Ten wiersz zawsze porusza. Ta fraza - powala. Ale teraz to za ciężkie. Zbyt mroczne na jazdę wieczorem. Włączam Dubbelspel.
| (www) |
Dubbelspel.
Jak przełożyć tytuł?
Chyba jako 'Gra podwójna'.
Dlaczego jeszcze nikt nie przełożył całej książki?
Nikt. Przez czterdzieści lat. Tyle minęło od słynnego powieściowego debiutu Franka Martinusa Ariona z 1973 roku. A musiało być do tego sporo okazji.
Dlaczego ja jej nie przełożyłem?
Zasłuchałem się w słuchowisku.
I przeniosłem na Antyle.
Mimo mroku gęstniejącego za Gostyniem.
To nie wiersze. I nie Herbert. Ale ta historia też jest tragiczna.
Na Curaçao czterech mężczyzn gra w domino.
W niedzielne popołudnie.
W cieniu tamaryndowca.
Gdzieś między starym żydowskim cmentarzem a dystryktem burdeli.
![]() |
| (Ceseli Josephus Jitta, Dubbelspel, malowane na szkle - www) |
W tle są problemy polityczne wyspy.
W tle są romanse.
Żony dwóch graczy zdradzają ich z pozostałą dwójką.
Ktoś zostanie zabity.
Ktoś popełni samobójstwo.
To są zwyczajne dzieje.
Moje myśli krążą...
...krążą wokół dramatów ludzi z powieści.
Potem biegną do studenckich esejów o ojcach.
Do ich opisów życiowych dramatów.
Poza fikcją.
Już nie podchodzę do tematu.
Nie.
Temat podchodzi do mnie.
| (fot. J. Koch) |
"Zawsze kobiety. Zawsze kobiety muszą wszystko rozwiązywać. Mężczyźni po prostu umierają. Niczym się nie przejmują, mężczyźni i buty."
Buty? Tak. Coś jak białe kołnierzyki. Brak butów to w byłej kolonii symbol biedy i niskiej pozycji społecznej, bo w dawnych czasach niewolnikom nie wolno było nosić butów.
Trzysta stron powieści przetworzone w pięćdziesiąt cztery minuty słuchowiska.
Zgrabnie.
| (fot. J. Koch) |
A "Vesuvio" przywiódł mi na myśl erupcję jego pisarskiego talentu.
| (fot. J. Koch) |
Już dwunastoletni.
Kartkuję od końca.
Spod lewego kciuka stronice strzelają jedną po drugiej.
Wywołują lekki podmuch jakby wzbierały bryzą.
Szukam swoich notatek, zaznaczonych niegdyś miejsc, pokreśleń ołówkiem, dziś często zagadkowych.
Dochodzę do pierwszej strony i czytam: "So, pack up your troubles and visit Curaçao!"
Jasne!
Biorę do ręki marker.
Jest żółty jak słońce w zenicie.
Zaznaczam zgłoski na złoto.
czwartek, 15 stycznia 2015
Podchodzę do tematu (II)
| (fot. J. Koch) |
![]() |
| (fot. J. Koch) |
| (fot. J. Koch) |
| (fot. J. Koch) |
| (fot. J. Koch) |
wtorek, 4 listopada 2014
Podchodzę do tematu (I)
Podchodzę do tematu. Nie wiem jak zacząć. Nie wiem od czego. Ale przerwa w pisaniu bloga, od połowy sierpnia, nie ma tutaj nic do rzeczy. Chodzi o prace moich antylskich studentów. Chcę o nich napisać. Ale nie wiem jak. Tak po prostu nie mogę. Nie mogę przecież wejść w szczegóły, bo obowiązuje mnie tajemnica. Tak, właśnie. Zupełnie jak tajemnica spowiedzi.
W jednym z zadań mieli napisać do swoich ojców o ich wzajemnym stosunku.
To było najciekawsze.
I najtrudniejsze.
Ale po kolei.
Prace spływały w kilku falach. Największa na przełomie czerwca i lipca. Potem fala odbita w sierpniu. Niedawno pokropiło jeszcze ostatnimi esejami.
Część studentów się spóźniła, ale w kilku przypadkach powstało qui pro quo. Jak się okazało część z nich używa innych imion, a nawet nazwisk w mailach i kontaktach ze mną, ale inne formy były wzmiankowane na oficjalnej liście, którą dostałem z Uniwersytetu Curacao. Ale w końcu pokonaliśmy i te przeszkody. Wszystkie prace już przeczytałem, oceniłem i odesłałem z powrotem. Aż szkoda, że ten akord końcowy moich zajęć na wyspach już wybrzmiał. Było jak u Mozarta - końcówka miała swoją wewnętrzną strukturę i dramatyzm. Zupełnie jakby kompozytor nie chciał się rozstać z utworem. A po ostatnim dźwięku wszystkim się zdawało, że akord wciąż brzmi jeszcze... Zgodziłem się na przedłużenie terminu. I ze względu na studentów, i ze względu na siebie. Studenci to przecież pracujący nauczyciele, matki i ojcowie dzieciom, rodzinom, ba, całym rodom, gdyż antylskie wspólnoty rodzinne są liczne. A ja... cóż ja?
Ja, jak zwykle - idee wędrowne, pisaniny, przemieszczenia. Nie tylko na linii Wrocław-Poznań. Najpierw był lipcowy wyjazd do Domu Tłumacza w Antwerpii. Potem w sierpniu trzy tygodnie na akademickie 'pisanki' we własnym domu. Intensywny czas. Sierpień spędzony na pisaniu w domowej bibliotece (to za dnia), a przegadany na balkonie (to wieczorami). Wyjątkowy czas. Wyrwany z codzienności, wyrwany z całego roku. Dom własny jak letniskowy. Poniekąd... Właśnie taki kojarzy mi się z haustem powietrza, gwałtownym, nieoczekiwanym, zachłyśnięciem się, jak wolnością. Albo z długim dystansem, o ustalonym rytmie, bez przerw, bieganiny. Albo z czasem zagnieżdżonym w jakieś luce... w czasie.
(Przypominiał mi się głos prof. Jacka Fisiaka, kiedy był dyrektorem poznańskiej anglistyki i grzmiał na plenarnych zebraniach, gdy zauważył, że się output zmniejszał w jednostce: "Mówicie, że nie macie czasu pisać w ciągu roku!? Macie sześć tygodni urlopu: trzy na wypoczynek, trzy na napisanie artykułu." Ja akurat raczej nie potrzebowałem zachęty - jeśli już, to może nawet zniechęcania - ale coś jest na rzeczy, w tym memento... szefa).
No i wreszcie na przełomie sierpnia i września nastały dwa tygodnie prawdziwego urlopu. A w końcu, tuż przed rozpoczęciem roku akademickiego, konferencja w Pretorii. Tak, okres bez zajęć to bynajmniej nie wakacje z duchami, raczej wakacje z książkami, czytankami, 'pisankami'. Kompleks nieodrobionych lekcji to przekleństwo naukowca. Taki los.
Tak jak kompleks tego blogu: chciałbym napisać o pracach moich studentów na zadany przeze mnie samego temat. Miało być o ich ojcach. To mógł być wiersz lub esej. Albo list w stylu 'to zawsze chciałem Ci powiedzieć'. Aby było łatwo zacząć rozmowę. A ja tymczasem nie wiem jak zacząć tego bloga. Spróbuję raz jeszcze. Za jakiś czas...
| (fot. J. Koch) |
W jednym z zadań mieli napisać do swoich ojców o ich wzajemnym stosunku.
To było najciekawsze.
I najtrudniejsze.
Ale po kolei.
Prace spływały w kilku falach. Największa na przełomie czerwca i lipca. Potem fala odbita w sierpniu. Niedawno pokropiło jeszcze ostatnimi esejami.
| (fot. J. Koch) |
Ja, jak zwykle - idee wędrowne, pisaniny, przemieszczenia. Nie tylko na linii Wrocław-Poznań. Najpierw był lipcowy wyjazd do Domu Tłumacza w Antwerpii. Potem w sierpniu trzy tygodnie na akademickie 'pisanki' we własnym domu. Intensywny czas. Sierpień spędzony na pisaniu w domowej bibliotece (to za dnia), a przegadany na balkonie (to wieczorami). Wyjątkowy czas. Wyrwany z codzienności, wyrwany z całego roku. Dom własny jak letniskowy. Poniekąd... Właśnie taki kojarzy mi się z haustem powietrza, gwałtownym, nieoczekiwanym, zachłyśnięciem się, jak wolnością. Albo z długim dystansem, o ustalonym rytmie, bez przerw, bieganiny. Albo z czasem zagnieżdżonym w jakieś luce... w czasie.
![]() |
| (fot. J. Koch) |
![]() |
| (fot. J. Koch) |
Tak jak kompleks tego blogu: chciałbym napisać o pracach moich studentów na zadany przeze mnie samego temat. Miało być o ich ojcach. To mógł być wiersz lub esej. Albo list w stylu 'to zawsze chciałem Ci powiedzieć'. Aby było łatwo zacząć rozmowę. A ja tymczasem nie wiem jak zacząć tego bloga. Spróbuję raz jeszcze. Za jakiś czas...
| (fot. J. Koch) |
niedziela, 17 sierpnia 2014
Aruba i "Polityka"
Czytelnictwo się rozwija: do dziś, 17 sierpnia, ten blog miał 2400 wejść. Jednym z czytelników jest mój przyjaciel, jak to się mówi, z ławy szkolnej. Znam go już długo. Jak zły szeląg, choć przecież powinienem powiedzieć: jak dobry grosz! A może po prostu znamy się jak dwa stare laczki? Wiem, że jest ironistą, bywa cynikiem, cenię jego poczucie humoru i nie obrażam się, gdy mówi, że to z mojej historii literatury afrikaans Południowoafrykańczycy dowiedzieli się, że ją mają, tę literaturę, i że może jest więcej mojej historii niż ich literatury. Ojtamojtam! myślę sobie, za kilka miesięcy ukaże się w RPA angielski przekład to dopiero będzie ostra jazda bez trzymanki. Przyjaciel jeszcze o tym nie wie. Ja za to wiem, że jego cięta uwaga to specyficzna postać pochwały, jak angielski understatement, albo polskie broń-boże-nie-pochwalić. Ale wiem też, że mój przyjaciel potrafi się zaangażować na serio. Intelektualnie, emocjonalnie, moralnie. Nie chcę jednak zdradzać jego tożsamości, bo jest osobą rozpoznawalną publicznie właśnie z powodu tego zaangażowania.
Nie wiem jak często zagląda na bloga Antyle Holenderskie 2014, albo Antwerpia 2014, ale chyba czytał jak dotąd dokładnie, może nawet podczytuje regularnie, bo jak się spotykamy, to robi zawsze jakąś aluzję. A to do blogerów, a to do blogujących profesorów, a to do jakiegoś poruszonego przeze mnie tematu. Tak mimochodem, ni stąd, ni zowąd. A ja nic, nie podejmuję wątku. O blogu nie rozmawiamy, bo mamy wiele innych tematów, z których jeszcze nie wykłóciliśmy się przez ostatnie kilka dziesiątków lat. Tak mało jest ludzi, z którymi można się pokłócić o sprawach, a nie ze sobą nawzajem. Osobę trzeba pielęgnować, spierać się o świat.
Dwa dni temu przyjaciel przesłał mi sms'a, że w tygodniku "Polityka" jest artykuł o Antylach. O, dzięki! Nabyłem, choć właściwie przestałem ostatnio kupować periodyki, krucho z czasem, coraz bardziej. Dopiero dziś zaglądam do tygodnika. Numer 33 (2971) z reportażem pt. Trochę Holandii na Antylach. Miałem problemy, aby go znaleźć. Kartkuję, przeglądam, w końcu jest - na końcu! Na antypodach "Polityki", jak na Antyle przystało. Tekst umieszczono, chciałoby się rzec, na szarym końcu. I faktycznie szarym.
No i zaczęło się. Od tego zdjęcia. Ki diabeł, pomyślałem sobie widząc na fotografii to przydymienie. Nie powiem, by mnie ta kolorystyka sponiewierała artystycznie, choć jest przecież coś intrygującego w takim udramatyzowaniu, skandynawskim jakimś odcieniu kryminalnym, sponurzeniu karaibskiego krajobrazu, pogłębieniu ciemnych barw. Nieprawdaż? Jednak trochę mnie to spopielenie zaskoczyło, choć ja sam dowodziłem, tutaj na blogu, że Antyle to nie świecące słońce i uśmiechnięci Murzyni (nie tylko i nie zawsze). Ma to zresztą zastosowanie do wielu innych, by sięgnąć do słownika agencji turystycznych, 'destynacji', które w Europie uznaje się za egzotyczne.
Kartkuję dalej tygodnik. Kolejne cztery zdjęcia podobne: artystycznie przybrudzone. Nie znajduję uzasadnienia. Ani w motywach na fotografiach, ani w samym tekście. Na początku się jeszcze powstrzymuję, odmawiam sobie Internetu, Internetowi zresztą też odmawiam, ostatecznie jednak przegrywam z kuszącą łatwością wyszukiwarki i z samym sobą i googluję autorkę. Wedle zasady: jeśli nie ma cię w google, to nie ma cię w ogóle. To chyba ona? Czy też zbieżność nazwisk? Podobno mieszka na Spitsbergenie. Nie wiem, jak tam jest. Nie byłem. Piękne jest zdjęcie jej autorstwa, które umieściła na okładce własnej książki o Spitsbergenie. Ale może właśnie to miejsce na północy tłumaczy wybraną kolorystykę: im dalej od równika tym inny kąt padania promieni słonecznych, inaczej się rozpraszają, zupełnie jakby inna część widma stawała się widoczna, zaczynała dominować. Rozumiem, że po Holendrze Willemie Barentsie, odkrywcy Spitsbergenu (dokąd autorka kilka lat temu przeniosła się z gorącego Wrocławia, by się ochłodzić), zaintrygowały ją inne wyspy związane z Holandią.
Niedawno, w 2011 roku, wykorzystując dzienniki rozbitków, Holendrzy zrobili interesującą ekranizację dla młodzieży.
Tylko, że na Północy barwy są stonowane, a na Antylach wszystko jest na ogół w ostrych kolorach. Począwszy od słońca, niemiłosiernie żółtego za dnia, a o poranku lub o zachodzie napowietrznie czerwonego, przez wszystkie odcienia morza i nieba: od rozcieńczonego błękitu po granaty navy blue, aż po wiatr. Tak, wiatr. Podejrzewam, więcej, wiem, że na Antylach wiatr też ma swoją barwę, nie wiem jeszcze dokładnie jaką, ale dajcie mi czas - domyślę. Na wyspach dominują jasne, krzyczące kolory, a kontrasty są mocne, nawet jeśli wiecznozielona roślinność bywa przykurzona pyłem z polnych dróg, a na Arubie, o której mówi ten reportaż, wiele jest takich dróg.
(fot. J. Koch)
Nawet jeśli zdjęcie robi się pod wieczór i przez brudną szybę samochodu, jak to poniżej, więc jest nieostre, to zawsze znajdą się wyraziste kolory, na przykład budynków, które dosłownie, a nie tylko w przenośni, biją po oczach.
Więc jak miałbym zgodzić się na takie barwne przekłamania, na rozsypywanie na wyspach popiołów? Przeglądam własne zdjęcia z Aruby. Są różne, bo wyspa jest bardzo zróżnicowana. Rozumiem ukrytą niechęć autorki do turystycznych miejsc, plaż, hoteli, rajskich widoczków z folderów. Czuję jej zainteresowanie zwykłym człowiekiem. Podzielam hipnotyczną fascynację degrengoladą San Nikolas - nie tylko rozpadem dekadenckim, bo widoczne są ślady minionej świetności, ale też dramatycznym, bo problemy społeczne nie dają się ukryć (San Nikolas jest mi bliskie, bo tam właśnie miałem w maju wykłady). Jestem zaskoczony widokiem opuszczonych willi na dawnym amerykańskim osiedlu, gdzie sceneria przypomina plan katastroficznego filmu. Ze zgrozą dostrzegam, że najładniejsze plaże w południowo-wschodniej części wyspy zajęły rafinerie. Zżymam się, że domy pobudowane niegdyś dla pracowników zagranicznych koncernów stoją teraz opuszczone i straszą. Czyż zdjęcia nie powinny tego zróżnicowania pokazać?
Tytuł artykułu zapewne pochodzi od redakcji: Trochę Holandii na Antylach. Jest jednak nieco mylący, ale nie dlatego, że na Antylach nie ma w jakimś sensie Holandii, tylko, że tekst jest o Arubie, a nie o Antylach. Czytam dalej i myślę sobie, oj, będę musiał trochę pobelferzyć. Nie ma języka 'holenderskiego', tylko 'niderlandzki' (Nederlands). Tak już mówimy od początku lat osiemdziesiątych. I nie ma 'Królestwa Holandii' tylko 'Królestwo Niderlandów'. Ja sam spierałem się z tłumaczką Lisettą Stembor, gorącą orędowniczką zmiany nazwy, że lepiej zachować dawne określenie. Ale dopięła swego, pisząc przez lata pisma-petycje do ministerstwa spraw zagranicznych w Hadze. W efekcie mamy sytuację, która - choć wbrew tradycji języka polskiego ('Niderlandy' jako pojęcie historyczne) - poniekąd lepiej odpowiada istniejącej złożonej strukturze administracyjnej. Jest więc 'Królestwo Niderlandów' (Koninkrijk der Nederlanden), powiedzmy 'państwo', i mamy 'Holandię' (Nederland), niech będzie 'kraj'. Kwestię prowincji 'Holandia Północna' i 'Holandia Południowa' (Noord-Holland, Zuid-Holland) pominę, sytuacja terminologiczna i tak jest już kryzysowa. Powinienem właściwie w tym miejscu odesłać do mojego wpisu pt. Nie ma Antyli.
Mam też wątpliwości, czy nazwa 'florin arubański' jest optymalnym i adekwatnym polskim odpowiednikiem AWG. Po angielsku mówi się 'Aruban florin', a po niderlandzku 'Arubaanse florin' wzgl. 'florijn'. Argumenty są podobnie historyczne i językowe, co w przypadku 'Niderlandów' / 'Holandii'. Kiedy Holendrzy mieli jeszcze swoją walutę, to mówiliśmy - właśnie! - o 'guldenach', gdyż 'floreny' były historycznie określone. Więc chyba wpada per analogiam mówić o 'guldenach' na Arubie. Wolę zatem 'guldena arubańskiego' od 'florina', którego używa autorka reportażu w "Polityce". Ale pewnie i tak pogodzi nas używany powszechnie na Arubie 'amerykański dolar' (uwaga: nie 'talar'!). Tak już bywa. W ostatecznym rozrachunku decyduje ekonomia.
Poza tym przeczytałem reportaż z zainteresowaniem. Wszystko, co o Antylach, jest mi teraz bowiem bliższe i bardziej osobiste. To już nie lektury, dystans literatury, książkowe historie, fotki w kolorowych czasopismach czy zdjęcia w Internecie, lecz konkretni ludzie, sytuacje, obrazy.
(fot. J. Koch)
P.S.
Nie uważam, by piwo było na Arubie "w puszkach o niemożliwej pojemności 0,2 l". Ze względu na panujące wysokie temperatury to bardzo praktyczne rozwiązanie: piwo nie zdąży się ogrzać. Trzeba po prostu domówić kolejne 0.2 l. Prosto z lodówki!
Nie wiem jak często zagląda na bloga Antyle Holenderskie 2014, albo Antwerpia 2014, ale chyba czytał jak dotąd dokładnie, może nawet podczytuje regularnie, bo jak się spotykamy, to robi zawsze jakąś aluzję. A to do blogerów, a to do blogujących profesorów, a to do jakiegoś poruszonego przeze mnie tematu. Tak mimochodem, ni stąd, ni zowąd. A ja nic, nie podejmuję wątku. O blogu nie rozmawiamy, bo mamy wiele innych tematów, z których jeszcze nie wykłóciliśmy się przez ostatnie kilka dziesiątków lat. Tak mało jest ludzi, z którymi można się pokłócić o sprawach, a nie ze sobą nawzajem. Osobę trzeba pielęgnować, spierać się o świat.
Dwa dni temu przyjaciel przesłał mi sms'a, że w tygodniku "Polityka" jest artykuł o Antylach. O, dzięki! Nabyłem, choć właściwie przestałem ostatnio kupować periodyki, krucho z czasem, coraz bardziej. Dopiero dziś zaglądam do tygodnika. Numer 33 (2971) z reportażem pt. Trochę Holandii na Antylach. Miałem problemy, aby go znaleźć. Kartkuję, przeglądam, w końcu jest - na końcu! Na antypodach "Polityki", jak na Antyle przystało. Tekst umieszczono, chciałoby się rzec, na szarym końcu. I faktycznie szarym.
![]() |
| (fot. Ilona Wiśniewska / Polityka) |
No i zaczęło się. Od tego zdjęcia. Ki diabeł, pomyślałem sobie widząc na fotografii to przydymienie. Nie powiem, by mnie ta kolorystyka sponiewierała artystycznie, choć jest przecież coś intrygującego w takim udramatyzowaniu, skandynawskim jakimś odcieniu kryminalnym, sponurzeniu karaibskiego krajobrazu, pogłębieniu ciemnych barw. Nieprawdaż? Jednak trochę mnie to spopielenie zaskoczyło, choć ja sam dowodziłem, tutaj na blogu, że Antyle to nie świecące słońce i uśmiechnięci Murzyni (nie tylko i nie zawsze). Ma to zresztą zastosowanie do wielu innych, by sięgnąć do słownika agencji turystycznych, 'destynacji', które w Europie uznaje się za egzotyczne.
Kartkuję dalej tygodnik. Kolejne cztery zdjęcia podobne: artystycznie przybrudzone. Nie znajduję uzasadnienia. Ani w motywach na fotografiach, ani w samym tekście. Na początku się jeszcze powstrzymuję, odmawiam sobie Internetu, Internetowi zresztą też odmawiam, ostatecznie jednak przegrywam z kuszącą łatwością wyszukiwarki i z samym sobą i googluję autorkę. Wedle zasady: jeśli nie ma cię w google, to nie ma cię w ogóle. To chyba ona? Czy też zbieżność nazwisk? Podobno mieszka na Spitsbergenie. Nie wiem, jak tam jest. Nie byłem. Piękne jest zdjęcie jej autorstwa, które umieściła na okładce własnej książki o Spitsbergenie. Ale może właśnie to miejsce na północy tłumaczy wybraną kolorystykę: im dalej od równika tym inny kąt padania promieni słonecznych, inaczej się rozpraszają, zupełnie jakby inna część widma stawała się widoczna, zaczynała dominować. Rozumiem, że po Holendrze Willemie Barentsie, odkrywcy Spitsbergenu (dokąd autorka kilka lat temu przeniosła się z gorącego Wrocławia, by się ochłodzić), zaintrygowały ją inne wyspy związane z Holandią.
Niedawno, w 2011 roku, wykorzystując dzienniki rozbitków, Holendrzy zrobili interesującą ekranizację dla młodzieży.
![]() |
| (www.novazembladefilm.nl) |
Tylko, że na Północy barwy są stonowane, a na Antylach wszystko jest na ogół w ostrych kolorach. Począwszy od słońca, niemiłosiernie żółtego za dnia, a o poranku lub o zachodzie napowietrznie czerwonego, przez wszystkie odcienia morza i nieba: od rozcieńczonego błękitu po granaty navy blue, aż po wiatr. Tak, wiatr. Podejrzewam, więcej, wiem, że na Antylach wiatr też ma swoją barwę, nie wiem jeszcze dokładnie jaką, ale dajcie mi czas - domyślę. Na wyspach dominują jasne, krzyczące kolory, a kontrasty są mocne, nawet jeśli wiecznozielona roślinność bywa przykurzona pyłem z polnych dróg, a na Arubie, o której mówi ten reportaż, wiele jest takich dróg.
| (fot. J. Koch) |
(fot. J. Koch)
Nawet jeśli zdjęcie robi się pod wieczór i przez brudną szybę samochodu, jak to poniżej, więc jest nieostre, to zawsze znajdą się wyraziste kolory, na przykład budynków, które dosłownie, a nie tylko w przenośni, biją po oczach.
| (fot. J. Koch) |
| (fot. J. Koch) |
| (fot. J. Koch) |
| (fot. J. Koch) |
| (fot. J. Koch) |
| (fot. J. Koch) |
| (fot. J. Koch) |
| (fot. J. Koch) |
| (fot. J. Koch) |
| (fot. J. Koch) |
P.S.
Nie uważam, by piwo było na Arubie "w puszkach o niemożliwej pojemności 0,2 l". Ze względu na panujące wysokie temperatury to bardzo praktyczne rozwiązanie: piwo nie zdąży się ogrzać. Trzeba po prostu domówić kolejne 0.2 l. Prosto z lodówki!
Subskrybuj:
Posty (Atom)
Trasa pomnikowa
Po Oranjestad spacerowałem dwukrotnie trasą pomnikową. Tak ją sobie nazwałem. W przestrzeń miasta wpisano szereg pomników - niekiedy miałe...
-
Po Oranjestad spacerowałem dwukrotnie trasą pomnikową. Tak ją sobie nazwałem. W przestrzeń miasta wpisano szereg pomników - niekiedy miałe...
-
Jetlag znów. Ale jakby mniej dokuczliwy. Lepiej było zajmować się tylko Afryką Południową; mimo podobnej odległości, zostaje się przynajmn...
-
Wszystkie wyspy wchodzące w skład dawnych Antyli Holenderskich znajdują się w archipelagu tzw. Małych Antyli. Najlepszą, najbardziej poglądo...





